Pan Bóg przeprowadził się na slumsy.
Z całym dobytkiem na szczekającej przyczepce ruszył na pustynię. Minął ostatnie drzewo po prawej, z rozpędu pokonał śmieciowy kanion z dwoma zesztywniałymi kotami po lewej. Zgrabnym slalomem wyminął tęczowo wyprażone sterty nie wiadomo-czego. W dwa dni sklecił domek z blachy i sprytnie zaplecionej suszonej trawy. Ściany wytapetował kolorowymi gazetami – zapach takiego luksusu dobrze się komponuje z osiołkiem czekającym przed wejściem.
Pan Bóg mieszka na slumsach.
Uwielbia orzeźwiająco chłodne poranki tchnące nadzieją. Rozczulają go zachody słońca, gdy ogląda je z piaskowo-śmieciowych gór, obwieszony dziećmi krzyczącymi mu do ucha. Wtedy nawet wszy mu niestraszne. Nerwowo przygryza palce, gdy widzi sąsiadów wracających do domu, po zmroku. Czasami zasypia trochę niespokojny, przy kołysance z wystrzałów.
Pan Bóg każdego dnia spaceruje po slumsach.
Uczy dzielić się swoimi pięcioma ciastkami z tygodniowego przydziału. Rozdaje żółte ulotki zapraszające na niedzielną Eucharystię. Zaczepia dzieci, aby wśród śmiechu i łaskotania przemycić zaproszenie do oratorium. Otoczony grupką głodem zaspanych psów, odwiedza i błogosławi domy. Umierającą młodą kobietę czule głaska, wysłuchuje i spogląda kątem oka na trójkę jej dzieci. Przymierającego głodem ojca rodziny karmi nadzieją.
Pan Bóg kocha slumsy. A ta miłość jest zaraźliwa.
Małgorzata Bożek
Peru, Piura
1 października 2013