Małe misyjne radości

Pamiętam, jak Go poznałam. Oratorium, sierpień 2012r.
Ten 9-letni szkrab obserwował mnie spod drzewa. Miał rozciągnięte galoty, a za małe buty podkreślały podkulone palce. Na pierwszy rzut oka dziecko jak każde inne w tym miejscu.
Jak najlepiej dziecko może zwrócić na siebie uwagę ? Właśnie tak – wyalienować się z grupy. Oczywiście nie zapomina o smutasie na twarzy i rękach założonych jak przy fochu. Strzał w 10! Cwaniackie szkraby wiedzą najlepiej, co i jak robić.

To był moment, chwila, ułamek sekundy, kiedy pokochałam go całym swoim sercem. Każdego dnia zaskakuje mnie swoją dojrzałością jak na ten wiek. Swoimi oczami chłonę jego pomysłowość i zdolności.

Już przed wyjazdem na święta Wielkanocne Harrison zapowiedział mi, że będzie chory. Dlaczego i skąd ta pewność? Wytężałam swój słuch bardziej niż podczas wszystkich naszych rozmów. Oznajmił, że będzie chory z tęsknoty, bo nie będzie mnie widział przez tyle czasu. Myślałam, że to słowa rzucane na wiatr, a mały sam nie wie, co mówi.

Kiedy zaraz po Świętach spotkałam się z Agatą na wakacjach, powiedziała mi, że widziała się z Harrisonem. Ponoć nie wyglądał za dobrze. Dopytywała dlaczego. „No przecież Beti wyjechała”.
Po powrocie do Mansy pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam w oratorium było szukanie Harrisona. Akurat tamtego dnia szpiegował mnie. Dzieci szarpały mnie za rękę i pokazywały, że chowa się za drzewem. „Oho, będzie foch”. Tak też się stało. Tylko nikt nie przypuszczał, że ten foch będzie trwał przez kolejne trzy dni! Panie Boże dopomóż!

Niech mi teraz ktoś powie, że to kobiety są foch mistrzyniami. Zaczepiałam, uśmiechałam się i nic. Było mi bardzo smutno, bo jak się okazało, to był poważny foch.

W momencie spotkania się naszych spojrzeń był śmiertelnie poważny, a za plecami… pękał ze śmiechu. Taką powagę miałam na myśli. Oczywiście ja w nią wierzyłam.

Czwartego dnia już miałam się poddać ze swoimi staraniami. Jednak ktoś czytał w moich myślach.
Dzieci krzyczały do mnie: „Beeeeti, luku luku Harrison!”. Zalotny uśmieszek i wyciągnięta dłoń czekała za moimi plecami. Wzięłam tego łobuza na ręce. Na co dzień jest w miarę czysty ale tym razem mój nos wyczuł prawdziwego faceta. Na przeprosiny za swoje humorki ukradł ojcu perfumy i wylał je na siebie specjalnie dla mnie! Co lepsze – dziobał mnie palcami do mementu, aż zauważyłam, że obciął paznokcie i je wyczyścił również dla mnie! Na koniec jeszcze poczułam wazelinę na tych małych, czarnych rączkach. Byłam pełna zachwytu, co ten mały człowiek potrafi zmajstrować. Dźwięk tego „I love you Beti” słyszę do dziś. Kiedy mu powiedziałam, że wygląda świetnie odpowiedział: „Dziękuję” po czym cwaniacko i zdecydowanie wypuścił powietrze nosem. Zapewne w myślach miał: „No nareszcie zauważyła, ileż można czekać i się starać”.

Chabala. Chłopak, który ma 18 lat i pracuje jako złota rączka na naszej placówce. Każdego dnia radośnie i z uśmiechem od ucha do ucha wita nas nawet po kilkanaście razy. Zawsze go widzę, jak ciężko pracuje. Naprawia dachy, kosi trawę, ścina drzewa, sprząta w garażu, ostatnio nawet zabija węże. Jego strój roboczy to: gumiaki i granatowy kombinezon taki sam jak ma Bob Budowniczy. I mimo, że jego obowiązki rzadko się zmieniają to on nie przestaje zaskakiwać. Dzisiejszego dnia do pracy przyszedł w pięknej beżowej koszuli, garniturze, pantoflach, a w ręku miał bordową torbę. Rankiem zapytałam, gdzie się wybiera, czy jest może jakaś okazja do świętowania. Dumnie odpowiedział, że po prostu przyszedł do pracy. Nie ważne, że siostry zaplanowały na dziś kopanie dołów, by doprowadzić wodę do szkoły. On pracuje w Oświacie, na placówce szkolnej i nie ma żadnego znaczenia, że jest od brudnej roboty. Mężczyzna z klasą.

Idziemy do oratorium. W ręku standardowo: siatka z piłkami, worek po ziemniakach z planszówkami. Z naprzeciwka, jak każdego dnia biegną dzieci i krzyczą nasze imiona. To taka mała radość misyjna. Do oratorium nie mają wstępu smutni.

Na boisku do piłki nożnej widzę trzy zaparkowane samochody. Podchodzę bliżej. Uświadamiam sobie, że nie mam gdzie grać z moimi łobuzami. Asse cwaniacko podpiera bok i pyta się mnie” Sweety i co teraz zrobimy?”. Gorge Kalenga nazywany w oratorium Wujkiem „Dżordzim” żartuje, że trzeba przenieść samochody i zostawić kartkę. Ciekawe czy kierowcy tych samochodów mieli na uwadze, że codziennie mamy tutaj oratorium i maluchy mogą obić piękny lakier.

Biorę chłopaków i zaczynamy grać na placu przed kościołem. Kobiety, które go sprzątają, wychodzą i siadają przed nim. Vipowskie miejscówki i najlepszy show z białą dziewczyną. Gramy w kartofla. Cztery osoby robią kwadrat, a piąta wchodzi do środka i musi zatrzymać piłkę. Mamy świetną zabawę. Wujek staje na rękach, łapie w nogi piłkę i robi popisy, do momentu aż środkowy jej nie zabierze. Szybkie podanie do Rony, który stara się okiwać jedynego przeciwnika w tej grze i podać do Asse. Ten natomiast kuca kiedy piłka przylatuje do niego i zatrzymuje ją pupą. Środkowy już zasapany ale się nie poddaje. Przyjmuję ja. Zatrzymuję i z baletnicy robię wyskok. Chłopaki padają na ziemię ze śmiechu. Bambuje (babcie) dołączają do nich.

Beata Ryszkowska
Zambia, Mansa
9 maja 2013

Udostępnij

Przeczytaj jeszcze

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej. Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.