Lekcja wiary

Religią dominującą na Zanzibarze jest Islam. Jej wyznawcy prześladują Chrześcijan. Muzułmanie w takich krajach z góry zakładają, że jeśli jesteś Biały, to jesteś Chrześcijaninem. Nawet jako turysta musisz być bardzo ostrożny. Przed wyjazdem na wakacje dotarły do nas informacje na temat morderstwa jednego z tamtejszym księży oraz spaleniu 50 kościołów. Po tym jak w Niedziele Palmową, jakiś wariat zaatakował nas podczas Mszy miałyśmy obawy. To były dla naszej dziewiątki wolontariuszy ważne decyzje. Gdzie znaleźć wiarygodne wiadomości na temat sytuacji w Tanzanii? Dzięki Bogu przez przypadek zadzwonił do nas znajomy z Litwy, który ma w Tanzanii przyjaciela. On stał się naszym źródłem informacji. Zaryzykowaliśmy.

Słowa Krisa brzmiały mi w uszach bardzo często: „Nie ma nic piękniejszego niż umrzeć za wiarę…”.
Zanzibar – moja prawdziwa lekcja wiary.

Przy zakupie biletu na prom towarzyszyło nam wiele nerwów. W Afryce jest rzeczą normalną patrzenie na ludzi Białych jako tych najbogatszych na świecie. Wyłudzanie pieniędzy i oszukiwanie jest na porządku dziennym. W biegu, na ostatnią chwilę dotarliśmy na prom. Za sobą zostawiłam miasto pachnące spalinami. W środku zrzucałam z siebie plecak jak worek pełen kartofli. Nie mogłam się doczekać momentu, gdy moim podstawowym problemem na wakacjach będzie zjedzenie jeszcze śniadania czy może już obiadu.

Przede mną i za mną siedzieli ludzie z USA. Dziewczyny w sukienkach, jak przepaska na biodra, chłopaki wcale nie w gorszej stylówce. Bic na wierzchu – dobry na przynętę wakacyjną. Kłóciło się to z tymi, którzy siedzieli po bokach. Muzułmanie – radykalni Muzułmanie dominowali w tym miejscu. Nie koniecznie podobały im się te pół nagie ciała. Ninja – kobiety w czarnych sukniach tylko z odkrytymi oczami jednoznacznie patrzyły się na luzackich turystów. Czułam ten wzrok również na sobie. Siedzieliśmy przecież miedzy nimi. Wścibsko korzystałam z okazji zlustrowania Muzułmańskich kobiet, matek i żon kiedy zmieniały pampersy swoim niemowlakom. Na ich dłoniach i stopach dostrzegłam piękne, kolorowe tatuaże.

Ilość warstw materiału na ich ciałach przeraziła mnie. Za oknem było około 40 stopni. Widziałam też, jak jedna z nich rozmawiała z mężem. Rozmowa pełna spięć i zgrzytów. Po wyrazie jej twarzy domyślałam się, że miał o coś pretensje. Pomyślałam sobie, że te kobiety nie mają łatwo. Jestem też świadoma, że często same wybierają lub zgadzają się na takie życie.

Swoje współczucie wyprowadziłam na zewnątrz, gdzie szum oceanu zagłuszał wszystkie myśli.
Zawieszałam swój wzrok na łódkach, które nas mijały. Sporadycznie pojawiały się małe wysepki. Już wtedy wiedziałam, że coś się we mnie dzieje. Nie wiedziałam jednak, kiedy pęknie moja bariera tego stanu i jaki będzie efekt. Starałam się znaleźć punkt zachwytu, żeby tylko odnaleźć coś, co miało wymiar relaksu.

Stone Town.

Na powitanie w jedynym mieście Zanzibaru czyli Stone Town osaczyli nas taksówkarze, którzy zapewniali o swojej bezinteresownej pomocy. Oczywiście ceny takich ofert słyszy się na koniec. Oni nie wiedzieli, że Afryka jest naszym domem od 8 miesięcy i wiemy jak postępować z cwaniakami.

Byliśmy koło jakieś budki, coś na wzór lichego sklepu rybnego. Mocniejszy wiatr mógłby zrównać go z ziemią. Staraliśmy się skontaktować z przyjaciółmi, którzy przyjechali tu w pierwszej grupie. Niestety telefony były poza zasięgiem. Co dalej? Na szczęście Wiolka przypomniała sobie, że misjonarz z Zambii dał jej numer telefonu do zakonnicy, która tutaj pracuje. Trzeba było działać. Po kwadransie rozmowy, obiecała przysłać człowieka, który nam we wszystkim pomoże. Tak też się stało. Czekaliśmy na tego kogoś, jak dziecko w szkole na spóźnionego rodzica.

Kiedy do środka pewnym krokiem wszedł dobrze zbudowany, uśmiechnięty mężczyzna, wiedzieliśmy, że to on. Okazał się księdzem. Był również przyjacielem misjonarza, który został zamordowany 17 lutego tego roku, w drodze na Mszę. Pracowali na jednej parafii. Byłam w szoku, z jakim spokojem mówił o tamtym wydarzeniu. Zauważyłam, że bardzo go smuciła liczba misjonarzy na Zanzibarze, która szybko maleje.

I wtedy zaczęło się coś dziać.

Ksiądz Tomas, bo tak miał na imię człowiek wysłany od siostry Stelli chętnie nam pomagał. Zabrał nas na obiad, przy którym opowiedział nam o niełatwej sytuacji Katolików na Zanzibarze. Słowa pełne wiary padały z jego ust prosto do naszych serc. Wyraz twarzy malował radość z pracy z tymi ludźmi i otwartość na każdego nowego człowieka.

Postanowiliśmy zobaczyć miejsce zbrodni. Jego przyjaciel dostał z pistoletu w klatkę piersiową, a następnie w głowę. Zginął 10 metrów od niewielkiego kościoła. Niebieski lakier samochodu ciągle tam jest, a wrak auta ściągnęli na teren zaufanych ludzi. W drodze poprosiliśmy o pomoc w znalezieni zaufanego hotelu, gdzie można przenocować i zostawić rzeczy podczas zwiedzania. Zapewnił nas, że zna takie miejsce. Tym miejscem okazały się siostry mieszkające 50 metrów od kościoła, przed którym miało miejsce morderstwo. „Rzeczywiście bezpieczne mi miejsce”- pomyślałam.

Wchodziłam do domu tych sióstr i nie wierzyłam w to, co się dzieje. Jechałam na wakacje z myślą unikania tego miejsca. Znałam te wydarzenia wcześniej z internetu. Kto mądry pakuje się w coś, czego zna skutki? Zna ryzyko bycia w takim miejscu? Wewnątrz ogromna walka i powtarzanie, że nie wierzę co robimy. Mimo to coś nas tam dosłownie pchało. Z sekundy na sekundę robiło się gorąco. Żyłam tylko daną chwilą.

Ogromna brama sprawnie była otwierana, a jeszcze szybciej za nami zamykana. W środku czekały na nas trzy uśmiechnięte zakonnice. W swoich habitach wyglądały jak Smerfetki. Ostatnie nazwiska w książce gości widniały pod datą zbrodni. Od tamtego czasu byliśmy pierwszymi turystami w tym miejscu. Ogromny dom pełen ubóstwa, sprawiał wrażenie bardzo smutnego miejsca.

Z okna pokoju widziałam pobliską okolicę, bawiące się muzułmańskie dzieci. Te okna były dokładnie zasłonięte. Rozpakowywałam rzeczy z myślą : „Przecież to tylko jedna noc, oby do jutra…”.

Hallo Allah! Hallo Allah! Głośniki, które znajdowały się dookoła domu, wrzeszczały mi prosto do ucha.
Hallo Allah! Hallo Allah!

Mój sen nie okazał się na tyle twardy, jak wskazywałoby na to wczorajsze zmęczenie. Za oknem było jeszcze ciemno.

Szybkie przywitanie Muzułmanów miało na celu przygotowanie ich do modlitwy, która niebawem miała się zacząć. Warczący głos dał na chwilę trochę ciszy i powędrował na inne dzielnice Zanzibaru. To wszystko zaczęło zakłócać mój stan wewnętrzny.

Wiercenie się i szukanie miejsca na moim materacu pod moskitierą wypełniło czas do kolejnego komunikatu z głośnika.

Byłam zmieszana. Moje ciało zaczęło tonąć w pocie. Brałam głębokie wdechy, pełna stresu i strachu. Jedyne co mi przechodziło przez gardło to „Jezu ufam Tobie”.

Czułam dyskomfort psychiczny. Byłam osaczona ze strony Muzułmańskich głośników, których głos przeszywał moje serce jak nóż. Temu wszystkiemu towarzyszył skowyt rozdrażnionych psów. Dzięki Bogu po chwili głośna modlitwa przechodziła na następną dzielnice, potem znowu na kolejną, aż robiło się ciszej i ciszej.

Hallo Allah! Hallo Allah!

Reakcja mojego ciała była jak u pacjenta podczas reanimacji defibrylatorem. Kolejne wykrzykiwane słowa tamtej modlitwy wylewały na mnie wiadra potu. Zaczynałam się bać. Na całym moim ciele czułam ogromny ból i jednocześnie paraliż. Z trudem przełykałam ślinę by następnie wypowiedzieć „Jezu ufam Tobie”.

Starałam się nie płakać. Nie myśleć o ryzyku bycia w tym miejscu. Nie dopuszczałam myśli, że może mi się coś tutaj stać. Nie chciałam nawet przypuszczać, co będzie na mszy w kościele za płotem siostrzanym, na którą mieliśmy iść dopiero o 6:30. Nie wyobrażać sobie wzroku wszystkich Muzułmanów z sąsiedztwa, których będę spotykać w drodze. Starałam się. To wszystko rozproszył kolejny komunikat z głośnika.

Hallo Allah! Hallo Allah! Dalej płynęła modlitwa, która zmusiła mnie do zebrania w sobie, by wstać po różaniec. Każdy kolejny przekładany paciorek w mojej zapoconej dłoni jeszcze nigdy nie był tak świadomie chwytany i otaczany całym moim sercem.

Z minuty na minutę mój puls uspokajał się. Za oknem małymi krokami noc przechodziła w dzień. Zasnęłam…

„Beti zaspaliśmy!”. Mieliśmy 3 minuty na wyjście. Na piżamę zarzuciłam citengę i wyskoczyłam jak z procy. Czekaliśmy jeszcze chwilę na siostrę, która pakowała potrzebne rzeczy do walizki z tajnego miejsca. W kościele nie można nic zostawiać. Dla bezpieczeństwa zabierają wszystko za każdym razem. Siostra stanęła w drzwiach jak anioł. Biały habit i walizka w ręku. Blask uśmiechu ogrzewał nasze serca. Pewnym krokiem wyszliśmy z podwórka. Czułam każde bicie mojego serca i wszystkie kamienie pod moimi stopami. Utworzyliśmy koło, w środku był Tomek z walizką. Szliśmy spokojnie choć w środku serce wrzeszczało ze strachu. Wzrok ludzi prześwietlał nasze ciała. Najbardziej świadome 5 minut w życiu, 50 metrów świadectwa wiary, wiary za którą w każdej chwili mógł ktoś z nas zginąć.

W małym, szarym kościele były: 3 siostry zakonne, ja, Monika, Wiola, Tomek, 4 mężczyzn i 3 kobiety. Drzwi były otwarte. Każdy kto przechodził obok, miał na twarzy pogardę. Ksiądz ze spokojem, pełen skupienia rozpoczynał mszę, podczas której modliliśmy się normalnie.

Po skończonej mszy nie mogliśmy stać pod kościołem. Przede mną, Wiolką i Moniką szedł ksiądz i Tomek – rozmawiali o planach na dzisiejszy dzień. Na samym końcu, za nami szło 3 mężczyzn, którzy byli ochroniarzami. Kiedy doszliśmy do domu sióstr, zapytałam księdza, dlaczego zaparkował tutaj swój samochód, a nie pod kościołem. „Gdybym otwierał samochód dłużej niż zawsze, albo by coś się zacięło – dostałbym kulkę w głowę”.

Byłam smutna. Muzułmańskie dzieci uśmiechały się do mnie.
Kolacja.

Pomieszczenie z białymi ścianami, czarną podłogą. Na środku stał prosty stół. Przeraźliwe echo niosło się po pomieszczeniu zwanym jadalnią. Prostota tego miejsca dawała dużo do myślenia.

Siostra Gaspera, babuszka z białym welonem na głowie przynosiła jedzenie. W tym samym momencie poprosiliśmy, żeby siostry zjadły z nami kolację. Na pytanie, czy ona jest przełożoną zaczynała się śmiać. „Ja jestem tu tylko najstarsza, nie ma podziałów w tym miejscu”. My wolontariusze barier w nawiązywaniu nowych znajomości nie mamy. Zażarte dyskusje trwały. Miła atmosfera ożywiała mury tego zgromadzenia.

Delikatnie staraliśmy się dopytać o obecną sytuacje w tym miejscu.

Uśmiechnięte siostry dawały piękny przykład pracy misyjnej. Po tej tragedii czują dużo większe zagrożenie. Każdy ich krok jest obserwowany. Mimo tego odważnie wyznały nam, że są gotowe raczej umrzeć za wiarę niż pozwolić umrzeć wierze. Nie rozpatrują nawet próśb do biskupa o zmianę miejsca. Po tym, co usłyszałam, czułam się spokojniejsza. To były słowa pełne otuchy i prawdziwej wiary. Być może i moment nawrócenia.

Do tej pory prześladowania religijne znaliśmy tylko z mediów, ale ciężko było nam się wczuwać w takie sytuacje. Dzisiaj przeżyliśmy to na własnej skórze.

Zostaliśmy w tym miejscu przez 3 dni.

Pobyt w tym miejscu dał mi możliwość docenienia tego, że żyję w wolnym kraju chrześcijańskim: i w Zambii i w Polsce.

Beata Ryszkowska
Zambia, Mansa
10 kwietnia 2013

Udostępnij

Przeczytaj jeszcze

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej. Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.