Mała Księżniczka
Każdego dnia rano przed drzwiami misji gromadzi się spora grupka dzieci. Często przychodzą niedomyte i w brudnych ubraniach. Czekają, aż otworzymy im drzwi naszej szkoły.
Sylwia dostała nawigację, która nie pokazuje radarów. Kasia wyjechała na misję, która nie jest specjalna. Kamila otrzymała moc, która w słabościach się doskonali. Paulina odmienia się przez przypadki. Klaudia drepce z salezjańską radością. Karolina przez rok przygotowań nie nauczyła się mówić w języku bemba. Asia otworzyła się na Dom Księdza Bosco dla Chłopców Ulicy. Justyna i Renata są inne i mają różne talenty i umiejętności. Magda pracuje w mieście, w którym urodził się Zbawiciel. Wszystkie wolontariuszki usłyszały głos, który mówił do nich: Pójdź za Mną! Wyjechały na roczną misję w ramach Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco, aby świadczyć o miłości Jezusa.
W 2014 roku na misje wyjechały: Renata Gawarska – pochodzi z Kuklówki Zarzecznej, ma 27 lat, pracuje na Madagaskarze, w Mahajanga. Justyna Kowalska – pochodzi z Ostrołęki, ma 25 lat, pracuje na Madagaskarze, w Mahajanga. Sylwia Młyńska – pochodzi z Łap, ma 22 lata, pracuje w Zambii, w Mansie. Katarzyna Socha – pochodzi z Kamienia koło Rzeszowa, ma 25 lat, pracuje w Zambii, w Mansie. Karolina Gajdzińska – pochodzi z Warszawy, ma 25 lat, pracuje w Zambii, w Chingoli. Paulina Pawłowska – pochodzi z Olsztyna, ma 24 lata, pracuje w Zambii, w Chingoli. Kamila Maśluszczak – pochodzi z Hrubieszowa, ma 25 lat, pracuje w Zambii, w Lufubu. Klaudia Kołodziej – pochodzi z Ropczyc, ma 26 lat, pracuje w Zambii, w Lufubu. Joanna Studzińska – pochodzi z Lęborka, ma 29 lat, pracuje w Peru, w Limie. Magdalena Piórek – pochodzi z Twardogóry, ma 25 lat, pracuje w Palestynie, w Betlejem.
Każdego dnia rano przed drzwiami misji gromadzi się spora grupka dzieci. Często przychodzą niedomyte i w brudnych ubraniach. Czekają, aż otworzymy im drzwi naszej szkoły.
Oratorium to kawałek lufubiańskiej ziemi ogrodzonej siatką. To trzy boiska, przedszkole i nowo wybudowany plac zabaw. Biuro i sala do nauki. Wielka betonowa rynna, która służy jako ślizgawka i mury, na których odnajdziesz tęczowe ślady kredy. Dołki w ziemi, do których możesz celować piłką oraz palmy, na które możesz się wspinać w poszukiwaniu orzeszków kokosowych.
6 lat temu moja kuzynka wybudziła mnie ze snu telefonem. Głos w słuchawce oznajmił, że musimy jechać na porodówkę. 13 lutego 2008 roku, we wtorek, przyszedł na świat mój chrześniak.
Minęło sześć miesięcy mojej misji w Zambii. Codziennie żyję tak samo. Msza, szkoła, klinika, zajęcia z dziewczynkami, różaniec, czas nauki, chwila na internet i spać. Mój dom to 13 hektarów ziemi otoczonych wysokim murem. Jedynie w weekendy opuszczam placówkę.
Adoracji Najświętszego Sakramentu. Kościół nie wypełnia się po brzegi. Zazwyczaj wierni mieszczą się w kilku ławkach naszej niezbyt gigantycznej świątyni. Widzę te same twarze każdego dnia na wieczornej Mszy Świętej. Ale nie ważne ile osób przychodzi. Ważna jest dusza z jaką przychodzą się modlić. Dostrzegam tu olbrzymią wiarę, której brakuje w tym kraju. Dostrzegam na twarzach tych ludzi pokój serca, którego również brakuje w tym mieście.
Podniosłam głowę z poduszki, jak porażona prądem. Co się dzieje? Skąd ten hałas? Pukał do okna. Krzyczał tak długo, aż zdołał mnie obudzić z głębokiego snu.
Siedzę z Agą w altance. Czekamy na siostrę. Czekanie to duża część naszej misji. Ta najbardziej męcząca. Czekanie zazwyczaj trwa dłużej niż 5 czy 10 minut, więc zaczynamy modlić się różańcem. W tym czasie do altanki wchodzi matka z dwiema córkami.
Poranny budzik każdego dnia rozbrzmiewa coraz głośniej. Ilość decybeli w moich uszach zależy od poziomu zmęczenia. Wstaję bez większego namysłu i ruszam przed siebie. Odhaczam w głowie punkty dnia dzisiejszego i notuję kolejne. Lista ciągle za długa.
Pokój w kształcie kwadratu. Na podłodze rozłożone 3 materace i kilka mat. Siedzą na nich kobiety. Krzyczą, płaczą i mówią coś w swoim lokalnym języku. Na zewnątrz, pod dachem namiotu, przycupnęli mężczyźni. Ich twarze oświetla blask płonącego ogniska. Milczą lub cicho rozmawiają. Następnego dnia w pobliskiej katedrze, odbędzie się pogrzeb. Zmarł tata jednej z sióstr salezjanek.
Styczniowe popołudnie. Otwieram żelazną bramę oratorium. Po piętnastu minutach powietrze wypełnia się śmiechem, dźwiękiem odbijanej piłki i tupotem bosych stóp. Zbieram dzieci w jednym miejscu. Trzymam w dłoni biały skrawek papieru i pomarańczowy flamaster. Maluchy próbują utworzyć równą linię, która przypomina falującego na boki węża.