Tu i teraz

14.30 to idealny czas na drzemkę. Tymczasem o tej porze grupa dzieci, jak czekoladowa fala zalewa kawałek spieczonej słońcem ziemi tuż obok naszej placówki misyjnej. Nie sposób ją okiełznać. Dzieci uciszają się jedynie na krótko na czas modlitwy. Złożone rączki dotykają wtedy pobrudzonych bród. Czekoladowe buzie zamykają oczy, a ja tym szerzej je otwieram i zawstydzona uczę się modlitwy.

Happy Birthday

Dziś nieśmiało oglądam się za siebie. Pierwszy misyjny miesiąc dobiegł końca. Pierwsze misyjne zaskoczenie, pierwsze podskoki radości, pierwsze łzy wzruszenia, pierwsze łzy bezsilności i tęsknoty. Spodziewałam się afrykańskiej gorączki radości, a po pierwszym miesiącu w mojej głowie, jak sęp krąży pytanie: I po co to wszystko? Krąży i poluje na moją motywację do pracy.
Dziś jadę na wstecznym. Do pierwszych podsumowań misyjnych dołączam te życiowe. Dziś zostawiam za sobą pierwsze ćwierć wieku życia.

To nie film. To rzeczywistość

Kolejny raz w oratorium oglądamy film. Radosne dzieci wbiegają do sali, która mieści się w garażu. Każde z 70 dzieci chce się przywitać. Podają dłoń, patrzą nieśmiało w oczy i szczerzą białe ząbki.
– Hi, how are you?- Tylko tyle potrafią po angielsku.

Oratorium. Czy to się je?

Codziennie wczesnym popołudniem ma miejsce najciekawsze zjawisko dnia.
Około 14.00 wzbiera stalowa brama Don Bosco Youth Centre, by w końcu wybuchnąć jak gejzer i otworzyć się na oścież. Na teren misji gwałtownie przedostają się dziesiątki roześmianych, czarnych twarzy. Zalewają podwórko niczym tsunami. Zanim się spostrzegam, docierają do mnie, jak czekoladowa fala uderzeniowa. Na tyle silna, że ledwie trzymam się na nogach.
– Paaaluuuiiinaaa! Muzungu! – słyszę z każdej strony. I czuję jednocześnie, jak brązowe dzieci lepią się do mojego ciała, jak rzep.

Układanka

Pierwszy tydzień pracy na placówce misyjnej właśnie powoli zasypia. Ja jednak zasnąć nie mogę. Mnóstwo obrazów wiruje w mojej głowie. Są jak kawałki jednej układanki, której nie potrafię poskładać w całość. Jeszcze nie.

Poznałam Szczęściarza

Lucka codziennie spotykam w oratorium. Do moich uszu często dobiega znajome „Lucky, Lucky!”(szczęściarz), choć na pierwszy rzut oka nie wygląda na szczęściarza. Zasmarkana buzia, podarta koszulka, która z każdym dniem ciemnieje od brudu. Jego chude nóżki ledwo utrzymują jeszcze chudsze ciało. Jest najszybszy, choć biega za piłką w męskich klapkach – mocno zniszczonych i większych od jego stopy o jakieś pięć numerów. Na oko ma zalewie metr wysokości, ale rokuje na światową gwiazdę koszykówki. Może przyszedł z odległego o 10 km buszu, a może z ulic Chingoli. Tego nie wiem, bo jego angielski jest gorszy nawet od mojego. Jedno jest pewne, uśmiech nie schodzi mu z twarzy, a jego entuzjazm udziela się innym chłopcom. Tak, jakby wszystko co widzi, co robi, widział i robił po raz pierwszy w życiu.

Dżdżownica

W internecie, gazetach widzimy zdjęcia małych afrykańskich dzieci z wydętymi brzuszkami. Serce się rwie, by to dziecko przytulić i nakarmić. A jak to jest, kiedy widzisz to dziecko w cztery oczy?

Co ja tutaj robię?

Lubię dzieci, bo są szczere do bólu i mówią to, co myślą. Peruwiańskie nastolatki podobnie.
– Asiu, nie umiesz grać w siatkówkę, prawda? Ale próbujesz – usłyszałam dziś od 13 – letniego Paco po dwugodzinnej grze na śmierć i życie. A wydawało mi się, że to jedyny sport, w którym jestem dobra. Przecież w minionym tygodniu grałam więcej niż przez ostatnie dziesięć lat!

Lubię piątki!

Lubię piątki i to nie dlatego, że zaczyna się weekend. To jedyny dzień, w którym nie mam ani minuty odpoczynku. Lubię ten dzień, bo od nieustannego biegania serce szybciej wali, a krew buzuje w ciele.
Wstaję rano na wspólnotową modlitwę, aby rozpocząć dzień z Bogiem. Potem szybka arepa i lechosa, czyli wenezuelskie wydanie chleba i soku na śniadanie. Następnie szybko biegnę przez dwa boiska do szkoły, aby wraz z uczniami wysłuchać salezjańskie słówko i pomodlić się. W piątki dodatkowo uczestniczymy w patriotycznym apelu z elementami historycznymi. A na koniec apelu odśpiewujemy hymn narodowy Wenezueli.

Lepsze od ALLELUJA

Wiem, gdzie jesteś Jezu! Widziałam Cię w duszne wielkopiątkowe popołudnie. Przechadzałeś się z krzyżem pod pachą. Jego ciężarem wznosiłeś tumany kurzu. To pewnie dlatego Cię nie widzieli. Zahaczałeś krzyżem o blaszane dachy, ale dyskotekowa muzyka zlała się z wibrującym dźwiękiem metalu. Zaglądałeś w jednorazowe i zadyszane uliczki. Oni jednak skupili się na krzyżu i nie zauważyli Twojego orzeźwiającego uśmiechu.

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej. Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.